Dzień 16 „Wyjście w góry”

Dzień 16 „Wyjście w góry”

Pobudka nie za wczesna, bo przepisywałem dzienniki do 2 w nocy. Oni tu mają tak jak tak jak u mojej siostry – też wyłączają router na noc. Rano więc przesyłam w Internety ostatnie materiały przed wyjściem w góry. Przesyłanie filmów idzie jednak za wolno, na przemian z pakowaniem sprzętu jest to kłopotliwe. Tymczasem kolejny raz wywaliło korki, powerbanki prawie nabite. O 8 z opóźnieniem ruszają porterzy. Jak się okazało mamy 180kg szpeju co za tym idzie będziemy potrzebować aż 6 tragarzy. Każdy dodatkowy wymaga dodatkowych kg jedzenia dla nich. Bir Bahadur się miesza i nieco tracę zaufanie wobec zmieniających się warunków. Doliczyliśmy się 60kg samego jedzenia. Wyruszyli. Mają moc chłopaki nieziemską tyle na sobie nieść. My ze swoimi plecakami ruszamy do miejscowości Mridi (1970m). Tam po spotkaniu z tragarzami ruszamy w górę! Bir Bahadur pokazuje nam „skrót” – trasę uczestników z 1979, którą szybko po kilkuset metrach w górę zdementowali spójnie Bogdan i Rysiek. Zawierzyłem Birowi i to był błąd. Zamiast z Chhomrong, miejsca, które znam i wiem ile się idzie, podążamy jego „skrótem”. Niestety przerażeni tragarze wysiadają po raz pierwszy. Trzech z nich idzie tędy pierwszy raz i wprost dają sygnał, że to za mocno. Taki pion, jak dwa razy na Śmielec, tylko, nie ma paciorków, a kolejne schody z kamieni, korzeni i łąki. Pion, który nie odpuszcza, mimo, że Bir Bahadur powtarza co chwilę, że zaraz się wypłaszczy, że skończy się dżungla itd. Co godzinę odpowiada „one hour sir”. Gdy już jest za późno orientuję się, że przewyższenie może dojść nawet do 1600m! Śpimy bowiem na wysokości 3300m (jak dojdziemy). Mijamy małe klepiska, las, który zamienia się w dżunglę. Po 15:30 pomału się ściemnia, odgłosy zwierząt się nasilają, na pewno małpy już nas obserwują. Czasem wyjdziemy na trawiasty kawałek, aby znów wejść w gęsto porośnięte wielkie drzewa rododendronów i bambusów. Jest już zdrowo po 16:00, ściemnia się, a my nadal jesteśmy w dżungli. Nerwowa atmosfera, Bogdan chce rozbijać namioty, inni chcą zostawić rzeczy i schodzić w dół odciążyć tragarzy – ci ledwo idą. Bir odradza, bo wspomniane małpy ukradną nam plecaki w 5 minut. Przegrupowujemy się, Bir schodzi do tragarzy, my pomału pniemy się w górę oszczędzając nasze czołówki. Dopiero 2500m! Dostaję pierwszych skurczy na prawej noce. Mamy cel, aby wyjść z dżungli na łąki, które są na ok. 3000m. Po każdym krótki postoju, plecak jednak staje się coraz cięższy, a oddech słabszy. Ścieżki w nocy między drzewami wydają się jakby węższe. W wielkich trudach wychodzimy na łąkę jest już 19:00 i nadal 300m przewyższenia przed nami. Dociążam jak mogę lewą nogę, aby nie dostać kontuzji. Prawa ma dość. Szczerze nigdy takiej wyrypy w górach nie miałem. Na szczęście groźnie wyglądające chmury tuż po wyjściu z lasu rozwiał wiatr. Oświetla nam drogę księżyc i gwazdy. Do „Holy place” docieramy na 20:30. Księżyc przepięknie rozświetla Annapurnę Płd. Połączoną z nią granią górę Hiunchuli. Tuż obok Machapuchare. Jeden z tragarzy zgłasza ból głowy, będzie jutro rano schodził. Bir chyba nie ogarnął do końca tego skrótu… W nocy co chwilę budzą mnie bolesne skurcze nogi – no to zobaczymy co jutro pokaże!
M.

Urodziny mojego syna Michała! Wszystkiego Najlepszego! Od rana zbieranie i pakowanie karawany, a to nigdy nie jest proste. Potem niespodzianka in plus, w 2 jeepy podjeżdżamy jeszcze jakieś 40min do góry, zamiast klepać ponurą jakąś szutrową drogą. No i teraz zaczyna się himalajski standard. Ponieważ wszystkie drogi przecinają rzeczne doliny, to wpierw zbiegamy na łeb na szyję, żeby po przejściu mostku pokonywać setki pionowych schodów. Po (wcale niekrótkim postoju) porzucamy trekkingowy szlak i lokalnymi ścieżkami pniemy się do góry. Dosłownie to „droga” prowadzi prostopadle do góry. Kończą się ostatnie domki i lądujemy w ciemnym lesie. Dalej do góry, aż w końcu robi się ciemno. Czołówki do akcji dalej. Ok. 19 a wydaje się, że w środku nocy wychodzimy z lasu, ale dalej mamy do pokonania ok 300m wysokości. Na ostatnich nogach (przynajmniej ja) o 20:30 docieramy do pasterskiej budy, ale rozpalona „koza”, gorąca herbata wystarczy, śpiwór, gazetka (nie poczytałem dużo) i zapadam w sen.

Wyślij e-mail
Polub nas na FB
Zobacz na na YT
Śledź nas na Instagram
Wyślij e-mail
Polub nas na FB
Zobacz na na YT
Śledź nas na Instagram