Pierwszy poranek w Nepalu i od razu wsteczny. Spotkaliśmy bowiem po 25km parę rodaków na wynajętych w Indiach motorach i po wspólnym zdjęciu, poradzili nam zawrócić do miasta po karty SIM. Odwiedziłem też bank, ale nie chcieli mi zamienić $. Kolejny raz pocztówka z Jelczem pomogła wynegocjować przychylną decyzję urzędnika. Niesamowite klimaty po drodze, jesteśmy tu jedynymi turystami na drodze. Ciężarówka robi wrażenie na tubylcach. Arek dla odmiany jedzie na dachu na burubahajce. Jadąc przez malowniczy rezerwat co chwilę mamy kontrole. Nie uwierzycie, wygląda to na odcinkowy pomiar prędkości. Chcą nam wlepić mandat, bo Jelonek wyprzedzał podejrzanie wolno jadące pojazdy. Okazuje się, że prędkość 40km/h jest uzasadniona. Spisują tablice rejestracyjne i kolejność kto za kim jedzie ponieważ panują tu tygrysy, które atakują motocyklistów. Te muszą jechać w konwoju. Kolejność i ilość musi się zgadzać. Przypomniałem sobie od razu spotkanie na Transfarganskiej w Rumunii z niedźwiedziem w cztery oczy. Nocować tu na Jelczu nie byłoby rozsądnym pomysłem. Dzień kończymy w hotelu przy sadzawce z komarami.
M.
—
Dzień się zaczął trochę organizacyjnie, bo dopadliśmy salon GSM to wszyscy zaopatrzyli się w SIM cards i teraz nie ma problemu z internetem (PLN 30 60GB na 28 dni). Drugi punkt: bankomat i wymiana kasy. I tak zaopatrzeni wyruszamy w drogę. W sumie nic specjalnego. Co trochę oryginalnego to fakt, że tę zachodnią część Nepalu turyści odwiedzając rzadko, tak więc bardziej my stanowiliśmy atrakcję. Dzięki wspomnianej wcześniej polskiej parze motocyklistów, którzy pchali przed nami, mieliśmy zaklepany hotel, ze zdjęć menu zrobiliśmy zamówienie i dzień zakończyliśmy sprawnie, bez zwłoki.
R.
Nareszcie nadszedł ten dzień. To dziś dojedziemy do granicy z Nepalem – Banbasa. Pierwsze primo tankowanie. Only cash więc całe szczęście, że wczoraj o 22 rzutem na taśmie udało się wymienić $$$. W obu zbiornikach sahara, więc zalanie do pełna to niespełna 40k RP (litr ropy to na nasze 4,10 zł).
Wyruszyli. Mkniemy przez New Delhi tuż po 4 rano. Póki co brak kontroli. Po 5 już opuszczamy te miasto, a autostrada niespotykanie długo jest bardzo dobra. Gdyby nie przebiegający ludzie, krowy lub jazda pod prąd to można by się poczuć nawet bezpiecznie.
Im bliżej granicy tym robi się tłoczniej, a droga już nie jest drogą. Roboty drogowe nie pomagają, każdy pcha się na każdego i tak też było z jednym ochotnikiem, który parł na Jelonka. To już drugi, który nabił się na jego kła. Tym razem kieł tak go trzymał, że ten cofając się, naprostował go nam do stanu pierwotnego. Teraz wygląda jak nowy. GRANICA! Najpierw ważenie, potem przeprawa mostem na szerokość jednego Jelonka. Z naprzeciwka walą na nas tłumy w tuktuk-ach. Arek gazuj. Po kilku metrach Tuktuk-i przegrały tę nierówną walkę i musiały zawracać do małej zatoczki lub do początku mostu. Banbasa to mała granica (i dobrze, bo tu nie ma turystów). Najpierw odprawa paszportowa. Bez kłopotów, ale długo – biorą każdego z nas na spytki. Następny krok – odprawa celna w tym naszego Jelonka! Po doświadczeniu w porcie przechodzą mnie ciary. Wyobraźcie sobie, że celnik tylko przez okno spojrzał z 200m na pojazd sprawdzić czy jest. Nawet nie wyszedł. Podbił dokumenty i good bye Indie! Jedziemy dalej, przepraszam, nie tak do końca. Indyjscy żołnierze chcą prześwietlać bagaże, lecz tylko wybrane i małe plecaki. Na nieszczęście wyciągamy randomowo Darka plecak z dronami. Może przejdzie. Mała konsternacja jak Bogdan wrzuca z powrotem też swój plecak na pakę, bo nie chce pokazywać swojej kosy. Teraz już naprawdę opuściliśmy Indie. Następna kontrola Nepal. Policja i wojsko każe nam iść prosto do imigration office. Długo – zaczyna się ściemniać. Dostajemy wizy w paszport. Ostatni krok: import Jelonka. Custome clearance jest kilkaset metrów dalej. Nie uwierzycie – tu celnik nawet nie wyjrzał przez okno. Mało tego, samemu mi kazał uzupełnić jego dziennik wjazdu. Namaste! Jedyne co zrobił to pieczątki do karnetu. Całość trwała 3 minuty. Tak o to wjechaliśmy Jelczem do NEPALU w 2024!
M.
—
Jednak udało nam się trochę pospać, ale o 4:00 w trasie. W sumie po drodze nudy, poza drobną obcierką Jelcza. W zatłoczonym mieście gostek chciał się wepchnąć przed Jelcza i zawiesił się na zderzaku Jelcza (tym samym co wcześniej wyrwała Skoda – dz. 1.10) i jak się wycofywał to dogiął go tak perfekcyjnie, że teraz nie ma śladu po kolizji. O 15 na granicy indyjskiej. Oczywiście trochę formalności , ale w sumie bez kłopotów.
Acha, dzięki informacjom dwojga polskich motocyklistów nie pojechaliśmy na najbardziej popularne przejście wiodące do Pokhary – Banbasa to do… i dzięki temy byliśmy jedynymi cudzoziemcami. Po nepalskiej stronie trudno było znaleźć coś co przypominałoby biura, ale finalnie odprawiliśmy się, ocliliśmy Jelcza i … WELCOME TO NEPAL. Po 5 latach od rozpoczęcia projektu Jelcz znalazł się w Nepalu! Na szczęście zaraz za granicą znaleźliśmy zaskakująco tajny hotel, także o 21 możemy zakończyć dzień. Jutro do Pokhary.
R.
Nie – tego przegapić nie mogliśmy. Dziś będzie krótko, ale intensywnie. Kierunek Agra. To tu nasi himalaiści w 1979 również zwiedzali ten cud świata i tak – to jest prawdziwy cud. Na żywo robi tak ogromne wrażenie, że trudno będzie zapomnieć ten wspaniały monumentalny widok zbudowany z białego marmuru. Temperatura jest wysoka, do tego bezchmurne niebo, niemal identyczny widok jaki pamiętam ze slajdów mojego taty, tych slajdów ze strychu, które zawsze były dla mnie czymś nieosiągalnym do realizacji, czymś enigmatycznym i niezwykłym. A dziś? Jesteśmy tu z jego przyjaciółmi z wyprawy sprzed 45 lat, w dodatku Jelczem, takim samym, którym pokonywali tę samą trasę, co było wręcz karkołomnych osiągnięciem. Jeśli to mnie dziś tak rusza, jestem niemal pewien, że po przybyciu pod „ich” górę w Himalajach, gdy staniemy przed pamiątkową tabliczką i wykutymi w skale napisami w 1979r, ja chyba pęknę i się zwyczajnie poryczę… Ruszamy w środku nocy na granicę z Nepalem!
M.
—
Dzisiaj cały dzień turystyki. Będąc 250km od Agry z jej najsławniejszym zabytkiem (jednym z 7 Cudów Nowożytnego Świata) – Taj Mahal, grzechem byłoby nie zobaczyć. No to w drogę i chajda, a jutro o 3:45? Bo okno transportowców w Delhi jest od 23:00 – 7:00, czyli powinniśmy się wydostać. Acha!!! A co z Taj Mahal? Tłumy, tłumy, tłumy, ale wspólnie i na koniec zgodziliśmy się, że warto było.
No, ale słuchajcie (czytajcie ?) jest 23:50, nie wiem czy będzie potrzebna pobudka, ale i tak jesteśmy nakręceni, że w końcu jutro będziemy w Nepalu!!!
R.

































