Dziś wszystko się okaże. Opuszczamy EU, a ponieważ wieziemy ponad 1600kg „wyposażenia zawodowego” mam spore obawy co na to turecki celnik. Opuszczamy parking i kierujemy się na granicę. Potwierdza się zasada im dalej w las… im dalej na południe tym gorsza droga. Jelonek daje radę, a my razem z nim podskakując od sasa do lasa.
Dojeżdżając do przejścia granicznego Kapitan Andreewo obserwujemy z niepokojem setki, a może i więcej oczekujących na odprawę ciężarówek. Zegarek już wskazuje 15:00, krótka piłka – jedziemy na przejście pasażerskie. Po krótkiej reprymendzie Bułgarów, wycofie i lataniu od okienka do okienka, mamy wreszcie stempel na karnecie wyjazdowych ATA. Cali szczęśliwi jedziemy dalej. Kontrola pass OK i przed nami szyld Welcome to Turkey. Szybki stempel w paszporcie, celnicy machają ręką i są najwyraźniej wyluzowani. 16:05 jesteśmy już w Turcji, jednak została jeszcze dodatkowa kwestia, tylko jeden stempel przyjazdowy w budynku D3… No i się zaczęło! Niepozornie mały budynek, a tyle kłopotów. Administracja rządzi się tu własnymi prawami. Wprowadzono nowy system odpraw (podobno) i bez karnetu ATA online w systemie nie ma dalszej jazdy. Panie z Krajowej Izby Gospodarczej jeszcze są w pracy. Krótki telefon w kabinie Jelonka – nic na ten temat nie wiedzą. Empirycznie widać sprawdzamy efektywność tego systemu. Drugi telefon do przyjaciela, gdzie miło zgłaszam, że jutro raczej wystawy himalajskiej w Stambule nie będzie. W 15 min dostaję dwa telefony od Ekol Logistic naszego partnera wyprawy, w drugie 15 min zjawia się człowiek i zaczyna walkę z systemem. 21:00 jesteśmy na etapie – akcept celnika, który chce przejrzeć 127 pozycji „wystawy”. Otwierać pakę! Ja po Arku, Arek po Ryśku, rozumiemy się bez słów, otwieramy tylko lewą burtę – tam jest tylko porządek! Wyjeżdża szuflada, celnik oczy jak 5 euro. Skrzynka nr 3 wygląda ładnie, a w niej: rozrusznik, alternator i elementy sprzęgła. „What’s this?! Part of our exhibition. OK”, koniec inspekcji. Zamykamy Jelonka, agent zmyka do okienka, a my w kolejce na kolejne 2 godziny, bo przez nas zrobił się korek, a tu nic bez odpowiedniego porządku widać nie przejdzie.
Wstajemy… i tylko dwa nasze auta na placu. Ruszamy na granicę z Bułgarią, a na trasie niespotykane klimaty. Jelonek zapewne je pamięta Bryczki poruszające się razem z tirami, kierowcy z wystającymi spod podwozia nogami na środku drogi i pasterze kóz, cierpliwie czekający ze swoimi stadami na wejście przed maskę samochodu.
Im bliżej granicy tym cieplej dlatego jak widzimy klimatyczny zalew z restauracją na palach decydujemy się na krótki pit-stop. Z pełnymi brzuchami atakujemy granicę. Za radą spotkanych dzień wcześniej truckersów idziemy na całego i Jelonek ustawia się na pasie dla samochodów osobowych. O dziwo zarówno po rumuńskiej, tak i po bułgarskiej stronie wzbudza sympatię, dzięki czemu bez problemu lądujemy po drugiej stronie Dunaju w Ruse.
Bułgarskie drogi nas nie rozpieszczają, a dodatkowo nawigacja prowadzi nas po zmroku w głęboki las. Na szczęście Arek zareagował w ostatniej chwili i wyprowadził nas z powrotem na właściwy kurs.
Ponieważ manualna tarczka każe kierowcy już zakończyć dzień, zatrzymujemy się na pierwszym napotkanym parkingu. Tu zaś mamy nadzieję nie spotykać już kolejnych niespodzianek. Po ubikacjach „na Małysza” i paru innych, nienadających się do dziennika , udajemy się na spoczynek. Jutro Turcja!
Cóż za miłe przywitanie w oddziale Adientu w Rumunii. Jelonek robi ogromne wrażenie na terenie firmy. Zostaliśmy zaproszeni do salki konferencyjnej, w której opowiadamy historię Złotej Ery Polskiego Himalaizmu. Meeting kadry menedżerskiej rozpoczynamy jednak od wyśmienitego śniadania.
Tym razem „shopfloor walk’u” nie będzie, prezentujemy za to nasz pojazd od środka. Po raz kolejny spotkaliśmy się z nadzwyczajną sympatią oraz aprobatą idei przyświecającej naszemu wyjazdowi.
Ślepo ufając rumuńskim mapom drogowym wierzyliśmy, że nowoczesna autostrada A1 doprowadzi nas szczęśliwie do dzisiejszego noclegu. Tak pięknie nie było. W połowie trasy zamieniła się w górską serpentynę wypełnioną ciężkim sprzętem transportowym. Policji mnogo jak na meczach Lechii Piechowice. Nikt nas jednak nie zatrzymuje nawet gdy parokrotnie okrążamy przy nich to samo rondo.
Pełni optymizmu ruszamy w górskie szlaki w efekcie czego nasz 15 tonowy Jelonek ląduje w środku wieczornego festynu w miejscowym kurorcie (cała reszta ruchu towarowego była kierowana inną drogą). W efekcie Jelonek wykonał paradę po głównej promenadzie kurortu, co wzbudziło niejakie zainteresowanie lokalsów.
To już pewne – dziś do granicy z Bułgarią nie dojedziemy. Znajdujemy parking, na którym od razu zjawiają się nasi rodacy – truckersi. Niekończąca się wymiana doświadczeń a propos Jelonkowej technologii i współczesnych tirów zakończyła się obdarowaniem nas polskimi przysmakami.
Bardzo istotną poradą było to, jak Jelonek pokona współczesne tachografy. Zaopatrzeni w masę praktycznych rad, wyjątkowo wcześnie (23:53 -1h) udajemy się na spoczynek.














