Rezydencja jest wspaniała. Sztalugi pod wystawę już gotowe. Pierwsi zainteresowani zbierają się już na długo przed wydarzeniem. Na liście gości m.in. przedstawiciele Iran Mountaineering and Sport Climbing Federation, wybitni irańscy sportowcy, Przedstawiciel Ministerstwa Sportu, wielu dziennikarzy, fotoreporterów i członków korpusu dyplomatycznego. Ilość i zainteresowanie osób ponad nasze najśmielsze oczekiwania. Oficjalne otwarcie wystawy przez Radcę Ministra i lawina poszła!!! Za Ryśkiem miejscowa karawana, każdy chce usłyszeć historię z 1979 roku o skromnej jeleniogórskiej wyprawie. Oficjalna wystawa zamieniła się w żywą dyskusję i wymianę polsko-irańskich doświadczeń. Sesja zdjęciowa przy Jelonku kończy ten piękny event. Po oficjalnym spotkaniu odbyła się robocza rozmowa z konsulem RP na temat dalszych etapów podróży – niepokojące wieści z Pakistanu: samobójca zamachowiec na trasie naszej podróży wysadził ciężarówkę… nasz Ambasador odradza ten kierunek!
A słowo stało się ciałem. Wszystkie czarne scenariusze odnośnie dnia dzisiejszego spełniły się w 100%. Jazda non stop od rana do 23:00. Pierwsze 120km do Tebriz dziura na dziurze i rozklekotane ciężarówki zwalniające cały ruch. Od Tebriz „wpadamy” na autostradę. Koleiny na 1/3 koła i zrolowany przez ciężarówki asfalt dalej maltretują nas i jelonka. Jedyny plus to trzy pasy, które pozwalają na sprawniejszą jazdę wyprzedzając maruderów (którzy nie znają kierunkowskazów). W połowie drogi Arek łapie trochę snu. Na szczęście im bliżej Teheranu, tym jakość nawierzchni trochę się poprawia. Ostatnie 100km to już jedna rzeka pojazdów i świateł. Na szczęście dostajemy pinezkę, gdzie czeka na nas eskorta z Ambasady RP. Już jesteśmy w ogródku, witamy się z gąską, a okazuje się, że mimo późnej nocy miasto jest tak zakorkowane, że czeka nas jeszcze dobre 40 min jazdy. Dochodzi północ, 830km za nami i w końcu gościnna Ambasada, przed którą porzucamy Jelonka. Wreszcie kończymy ten koszmarny dzień, ale z sukcesem, bo zdążyliśmy na jutrzejsze wydarzenie. Ciekawe co nas czeka?
Szybka pobudka i o 8 rano jesteśmy na granicy tureckiej (oczywiście przejście dla osobówek praktycznie zamknięte dla turystów). Pierwszy stop spowodowany zmianą obsady celników tureckich – 1,5 godziny w plecy i zaczyna się cyrk Monty Python’a. Kolejna godzina to tylko poznawanie rozległego przejścia na piechotę. Wsiadamy w auto, słychać gwizd. Stop – otwieramy pakę za pierwszą bramą turecką. Celnicy pozbywają się problemu wysyłając nas dalej do swoich kolegów. Druga brama przejścia osobowego zaś bez obsady. Nikogo nie ma – granica zamknięta. Podchodzimy do bramy z Iranem. Tam policjant każe nam dać wizy i paszporty. Dziwne, ale okazuje się, że turecka strona uzależnia rozpoczęcie odprawy od akceptacji naszych wiz przez stronę irańską. Jest zielone światło! Po tureckiej stronie zajmuje to jednak kolejne 6 godzin. Przekraczamy bramę o godz. 20:00 czasu irańskiego. Ponowna kontrola paszportowa, sprawdzenie wiz i znów nasz już ulubiony karnet ATA. Dzięki pomocy irańskich przyjaciół odprawę skracamy o połowę , czyli do 3 godzin. Zbliża się noc. Wyjeżdżamy w trasę. O północy zatrzymujemy się na parkingu dla tirów. Ten cały w plamach po płynach, smarach i wypełniony gratami samochodowymi, ale wcale nam nie przeszkadza perspektywa możliwości przespania się w takim klimacie . Jutro musimy być na noc w Teheranie, a to prawie 900 km. To będzie trudny czas dla Jelonka i jego kierowcy Arka. Powodzenia i dobranoc!






































