Image Alt

Dziennik wyprawy 2024

2024
Dzień 6 „Harikrishna”

Po wczorajszych emocjach (dwóch) i to takich, które jestem pewien, że normalny turysta miewa w odstępie kilku lat, wzięliśmy jakieś pokoje za 600 rupii od głowy (25zł). Niby klasa, ale o 6 rano zaczęło się czyszczenie pokoi! Włączył się jakiś alarm, który był tylko budzikiem naszego drivera, który próbował się wbić do naszego pokoju. Dobrze, że przekręciłem klucz w drzwiach, bo szarpał wszystkie klamki. Wstaliśmy o 7 i wtedy nasz lokals postanowił dzwonić do naszych drzwi (tak, każdy pokój miał swój dzwonek), standardowo zaczął pytać, czy chcemy kawę (której i tak nie zamówił). Wyjazd o 9! I tak nie dało się tu wytrzymać, bo od 6 wyłączyli klimę. Krótka narada i startujemy na północ.
Dziś świat za oknem Jelonka wygląda zupełnie inaczej. Im dalej od Bombaju to kolejna dekada w przeszłość. Dziś zatrzymujemy się na czaj w pięknych oazach, z których rozpościerają się tylko wzgórza i pagórki. W dolinie widać jak wolno i spokojnie płynie rzeka, na brzegach której pasą się owce i koziołki. Jelonek jak i kierowcy dają radę. Podczas przejazdu przez jedną z miejscowości wyłania się zza drzew ogromny monument Harikrishna (chociaż tu mamy wewn. spór czy nie jest to Shiva). Załoga stop, zjeżdżamy zaczerpnąć wschodniej religii. Ja z Arkiem podejmujemy rękawice wejścia na głowę Kryśki schodami, reszta ekipy spaceruje po parku pod pomnikiem. Na wejściu do posągu zatrzymują nas i nakazują zdjąć japonki, a już myślałem, że dziś bez emocji. Biegniemy na boso po kaflach imienia tysiąca grzybów i jakie zdziwienie, gdy wskazują nam windę. Cóż – będzie dużo widać i szybciej wrócimy. Nic bardziej mylnego, zanim nas wpuścili na górę zrobiło się ciemno, a halogeny oświetlające z dołu Kryśkę całkowicie rozmazują krajobraz. Idziemy wyżej mówimy, balkonem o podstawie z szyby po zewnętrznym ramieniu (to było fajne jak na grzyba), i dalej do kolejnej windy. Ostatnie zdziwienie – winda pojechała w dół, a na claima usłyszeliśmy – upgreat your ticket – good bye. Nic tu po nas, odpalamy Jelonka i w drogę. Od około 1 w nocy nie możemy odszukać dogodnego spania, Lal (nasz lokalny driver, bo chyba go nie przedstawiłem) znajduje coraz to “lepsze” hotele, że decydujemy się na noc w Jelonie – za wyjątkiem Ryśka i Darka, którzy testują swoje dermatologiczne predyspozycje w pokoju 106 – oby do rana, jest już 3:15 gdy to piszę. Jutro o 21 musimy być w New Delhi!
M.

W zasadzie dzień bez historii. Po południu zobaczyliśmy z perspektywy największą na świecie postać Sziwy: 112m – statue of Belief, która okazała się częścią Parku Rozrywki, a nie świątynią, ale i tak straciliśmy tam 2 godz. Także spać poszliśmy ok. 2 a.m.. Jutro Delhi!
R.

video
play-sharp-fill
Dzień 5 – „Nabity na kieł Jelcza”

Ten dzień zaczął się w zasadzie jeszcze o godz. 23 w poniedziałek. Po emocjonującym dniu z The Hialayan Club oraz naradzie postanowiliśmy wyruszyć w stornę New Delhi. Nocny wyjazd z Bombaju to specyficzne doświadczenie. Hucznie zapowiadane speed higway okazało się istnie terenową przeprawą dla Jelona. Slalom między setkami ciężarówek, riksz i małych mobilek z jednoczesnym (nie)wymijaniem dziur głębokości wbitego całego czekana. Kierowcy dali radę jadąc z przerwami na czaj do 19:00 – to 20 godzin jazdy po Indiach! No właśnie… bo oprócz wymijania krów na speed highway, bywa, że jest o krok od tragedii. Jadący najszybszym pasem najnowszą limuzyną od Skody (co tu jest niespotykane), zmieniając za szybko pas i chcąc ustąpić pierwszeństwa karetce pogotowia, dosłownie nadział się na przedni kieł Jelonka! Metalowym Sherpą lekko zatrzęsło, w kabinie huk rozpruwanej puszki z sardynkami. Ale urwał! Limuzyna przykleiła się i nie był to romantyczny pocałunek z Jelonkiem (przypominał raczej pojedynek Tysona z Holifieldem kiedy to Mike nagryzał ucho). To jak nieudany manewr PIT i tylko doświadczenie i szybka reakcja kierowcy, uratowała sytuację. Nikomu nic się nie stało! Po niezbędnych formalnościach, wymianie międzykulturowych uprzejmości, limuzynę czeka solidne ASO. Mimo, że „bez boku” to odjechała na własnych kołach. A Jelonek… kieł mu się lekko wygiął temu Jelonkowi. To nie koniec tych emocji na dzisiaj. Po kilku godzinach jazdy, były kolejne. Pamiętacie ostrzeżenia od Himalaya Club w naszym ostatnim vlogu na youtube? ale o tym napiszę już w książce, a już na pewno po zakończonej podróży po Indiach. Drugie wydanie „Śladami uczestników pierwszej jeleniogórskiej wyprawy w Himalaje – Jelczem” już w 2025! (napisz do mnie, jeśli chciałbyś już dziś zamówić egzemplarz limitowany z dedykacją).
M.

Oj był to bogaty w wydarzenia dzień! Wpierw na autostradzie jakiś lokals próbował zepchnąć Jelcza z drogi co skończyło się dla niego rozdartym bokiem auta, a w Jelczu ucierpiał przedni zderzak (który jest wielkości szyny kolejowej) Także 1:0 dla Jelcza. Potem potwierdziło się, że Radżastan prohibicją stoi (karną). Dzionek zakończyliśmy w bardzo tajnym, przydrożnym hotelu. Dobranoc!
R.

video
play-sharp-fill
Dzień 4

Do 5 rano zajęły mi montaże. Wykorzystuję dostęp do wi-fi. Budzik na 10:00!. Plan na dziś: 10:50 wymeldowanie; 11:00 spakowanie tobołów na Jelcza, montaż GPS, wyciągnięcie obrazów na zewnątrz, tylko tyle i aż tyle. Czas operacyjny 30 min i wyjazd do siedziby The Himalayan Club. Na pace jest milion stopni! Wszyscy atakują mój whatsapp: Mustawa pisze i dzwoni, że jest problem z ubezpieczeniem Jelczura na Indie – żądają 40 000 rupii! biorą pojazd za comerciala. W tym samym czasie Journalści dopytują o szczegóły dzisiejszego wydarzenia. Z nasza Ambasadą w New Delhi ustalam plan przyjazdu, drugą ręką przykręcam do klemy GPS’a – leje się z każdego, kto wejdzie na chwilę pod pakę. Za mną Bogdan co chwilę dorzuca nowe rzeczy i rotuje nimi między paką, kabiną, a kostką brukową na już „naszym” CPN-ie. Przejęliśmy nawet jeden garaż jako tymczasowy office. W tym samym czasie okazuje się, że nie zabraliśmy ostrza do pilarki, ani tarcz. Wysyłam Daniela (właściciel stacji, który dał mi klapki) do hardware shopu po te i inne Arka prośby. Po 12 z trudem wyjeżdżamy do siedziby Himalayan Clubu.

Zapominam jednej z kamer, a tymczasem Mustawa próbuje ratować sytuację z ubezpieczeniem – jak się okazuje był to wymóg wypuszczenia z portu Jelczura, a teraz niekoniecznie jest potrzebne (SIC!) btw wiszę mu jeszcze za tankowanie, bo tu żadna z kart nie działa. Jedziemy! Nasz event o 15:30. Niesamowite powitanie. President klubu Nandini przekazała nam parę upominków w tym piękną książkę z drogami wspinaczkowymi i mapami gór. Rozmawiamy o polskich wyprawach. Zabierają nas na obiad, tam jedziemy na 3 auta do najstarszej restauracji w Mumbai. Mam przyjemność jechać w aucie z p. prezydent, z którą robimy kolejną telekonferencję, tym razem z przedstawicielem Indian Mountenaring Foundation w New Delhi – okazuje się, że Jelczur traktowany jako ciężarówka nie ma wjazdu do centrum! Kontakt w naszej Ambasadzie to potwierdza – decyzja: i tak tam wjedziemy na Dyzmę. Bateria w moim telefonie ma już 30%, a to dopiero południe. Prezentujemy pojazd i obrazy himalajskie naszym gościom, tymczasem przychodzi potwierdzenie z New Delhi – mamy po 21wszej, w czwartek eskortę do kampusu. Wiadomość z Ambasady: zapraszają do naszej placówki, a nasze wydarzenie w kampusie otworzy chargé d’affaire. To teraz tylko przekazać dobre wiadomości ekipie! „Co? W niecałe 3 dni? 1500km to się nie uda, jak?” Jednak po wspomnianej przez Rycha „wojnie” mózgów staje się to realne od pokonania – podejmujemy wyzwanie. Już niedługo się okaże, czy Jelczur podoła.
M.

Po moim pierwszym wpisie Maciek potwierdził, że nie ma kadzenia! A więc: dym od samego rana! Jest w amoku. Pot… (bez krwi)… (bez łez). Po południu super event w Mounteneering Club zakończony w 5* restaurant ? Potem burza (wojna!) mózgów a!propoa dalszych planów, zakończona. Co dalej? …jutro pokaże!
R.

video
play-sharp-fill
Wyślij e-mail
Polub nas na FB
Zobacz na na YT
Śledź nas na Instagram
Wyślij e-mail
Polub nas na FB
Zobacz na na YT
Śledź nas na Instagram